„Cztery płatki śniegu” to książka, na którą miałam ogromną ochotę już od targów krakowskich – wtedy dostałam od autorki śliczną śnieżynkę i trochę porozmawiałyśmy. Wiedziałam, że tej książki nie mogę sobie odpuścić!

Czytało się ją bardzo szybko, aczkolwiek pod koniec po prostu ryczałam jak bóbr! Dobrze, że jesteśmy teraz zaopatrzeni w chusteczki, bo moje dziecko leży pod kocem zakatarzone, więc uszczupliłam mu troszeczkę zapasy…

O czym jest książka?

Książka jest o ludziach, o uczuciach – tych dobrych i gorszych, o przygotowaniach do świąt, o zazdrości i o miłości. Jestem zachwycona tym, że pojawia się znowu Kalina i Młynek, czyli bohaterowie serii „Kalina w malinach”, którą ostatnio właśnie skończyłam czytać. I powiem Wam, że to takie sympatyczne, kiedy pojawiają się bohaterowie znani nam już z innych historii – zawsze czuję, jakbym wracała do przyjaciół, jakbym miała okazję znowu się z nimi spotkać! To fenomenalne szczególnie w kontekście świąt, które są właśnie po to, żebyśmy byli ze sobą blisko, żebyśmy pamiętali o tych bliższych i dalszych… Bardzo się cieszę, że autorce udało się to połączyć. 

Bohaterowie

Trudno mi powiedzieć cokolwiek o bohaterach, ponieważ jest ich  tak wielu! Każdy z nich ma swoją część historii i sam ją opowiada.
Poznajemy Zuzannę i Kajetana, czyli zazdrosne o siebie kochające się małżeństwo. Oboje podejrzewają tego drugiego zdradę i tak właśnie dzięki Zuzannie pojawia się Kalina i jej psiak.
Poznajemy Annę i Waldemara, czyli kobietę terroryzowaną przez męża Waldemara, który jest obsesyjnie oszczędny (podejrzewam, że to człowiek, który próbował prać chusteczki higieniczne!). Jego hobby to wpisywanie cen produktów we wszystkich sklepach w miasteczku i później w oparciu o zapiski tworzenie listy zakupów dla swojej żony. Czy Anna rzeczywiście po kilkunastu latach małżeństwa jest w stanie nadal to znieść? Czy w końcu zbierzę się na odwagę i postawi się mężowi?
Pojawia się również Marzena i Stasia, czyli samotna matka, wdowa wychowująca ośmiolatkę. Przeprowadzają się z Radomia do miejsca które które kojarzy się matce z beztroską, radością, szczęściem, czyli w miejsce, gdzie mieszkała jej babcia.
Z nimi z kolei wiąże się Maciej, który jest wychowawcą Stasi i mężczyzną, który z hukiem wpada w życie Marzeny. Wpada trochę przez przypadek, a trochę z powodu księdza Wojtka, który martwi się o Stasię.
Kogóż my tam jeszcze mamy… mamy jeszcze państwa Kwiatków, czyli Monikę, jej męża Jakuba i syna Piotrusia, a także jej teściową… no teściowa, wiadomo, jak się pojawia to zawsze są kłopoty! Tym razem także nie jest zbyt ciekawie. 
I wreszcie pani Michalska, kobieta spod jedynki, która sama mianowała się dozorczynią bloku nr 5, która dba o budynek i jego okolice, ale także o mieszkańców. Co prawda trochę się wtrąca i wszyscy traktują ją z taką pobłażliwością i wcale jej nie doceniają, a jednak ona sprawia, że mieszkańcy za każdym razem, kiedy potrzebują pomocy znajdują ją.
To ona wpada na ten zwariowany pomysł strojenia lichej jodełki przed blokiem i śpiewania kolęd w wigilię przed blokiem… cóż no nie wiem, czy jej się to uda…
Najważniejsze jest to żebyście po tę książka sięgnęli, poczytali o przygotowania do świąt, o tajemnicach, o grzeszkach mniejszych i większych. To jest książka trochę o mnie, trochę o Tobie, bo na pewno w którymś z bohaterów znajdziesz chociaż cząstkę siebie…