Zwykle nie śledzę blogowych wojenek i burz, bo po prostu nie umiem ich wyłapać, ale tym razem jedna taka wpadła mi w oko i… doprawdy nie wszystko rozumiem. Ale nieważne, bo nie o tym chcę pisać… Książka „Wiedźmy na gigancie” leżała na mojej półce jeszcze nim doszło do wymiany zdań na FB na jej temat, ale to właśnie sprawiło, że natychmiast wspięła się na sam szczyt listy czytelniczej…

Książki Małgorzaty Kursy znam i czytam z wielką przyjemnością i dokładnie tego spodziewałam się po Wiedźmach. No ale stosiki czytelnicze mają swoje prawa, czyli kolejka jest i obowiązuje wszystkich, ale w tym przypadku musiałam nieco przymknąć na to oko… co też ta Kursa tam nawypisywała, że takie się zamieszanie zrobiło (i świetna reklama przy okazji!).

Jeśli nie wiecie o co chodzi to chodzi o kontrowersyjny temat… czyli literacki światek od podszewki… co prawda dziwi mnie ta burza, bo już Teresa M. Rudzka o tym pisała, i Alek Rogoziński w serii o Róży Krull i jakoś nie było tego szaleństwa, a w każdej z tych książek, gdyby się uprzeć można by szukać pierwowzorów. Ale też weźmy pod uwagę, że przeciętny czytelnik, czyli moja siostra, mama czy przyjaciółka przeczytałaby książkę i nawet by się nie zająknęła, że ma jakieś skojarzenia! Powiem więcej, ja sama bym się niczego nie doszukiwała, gdyby nie te komentarze na FB. Może by mi taka myśl zabłysnęła na chwilę, ale umówmy się… czytam książkę i jednak zakładam, że to fikcja, więc nie doszukuję się, kto z pisarzy ma takie albo inne cechy lub ubiera się w taki czy inny sposób…

Wiedźmy na gigancie to książka o pracownicach portalu internetowego oraz agencji pośredniczącej między pisarzami a wydawcami. Czyli smaczek dla wszystkich zainteresowanych tym, jak wygląda to wszystko od kuchni. Wiedźmy zajmują się pisaniem książek, recenzji, promocją autorów i to są elementy realne, o których autorka wspomina na samym początku, od razu jednak podkreśla, że wszystko inne jest fikcją. To, czy w to uwierzycie to już Wasza sprawa… jeżeli ktoś ma ochotę wnikać, drążyć i doszukiwać się to chyba nic nie stoi na przeszkodzie. Ja sobie darowałam. Uznałam, że wyłączę się na wszystko i skupię na samej treści…

A treść jest wyjątkowo zabawna, no co ja mogę, że poczucie humoru Kursy mi odpowiada, jej słownictwo pełne dziwnych i wymyślonych słów również. Nie spodziewałam się po książce niczego oprócz dobrej zabawy i to dostałam. Literacki światek, tak samo jak światek blogowy, ale też i każdy inny, bo wszystkie „zawody”, gdzie kontakty międzyludzkie są na porządku dziennym pełne są takich sytuacji. I nie ma co zaprzeczać. Że pojawia się zazdrość, że zdarzają się fałszywi ludzie, że ktoś pod kimś dołki kopie… wiadomo, że zostało to mocno przerysowane, a postaci stały się nieco karykaturalne, ale przecież o to chodziło!

Nie doszukujmy się więc drugiego dna, tylko czytajmy dla przyjemności czytania… bo ten spisek, ten element kryminalny na wesoło to naprawdę niezła zabawa… myślę, że dla każdego!