To może dziwne, że do szkoły rodzenia trafiłam dopiero w momencie, kiedy byłam w drugiej ciąży. Natomiast podczas pierwszej po prostu nie udało mi się odpowiedniej szkoły znaleźć, zajęcia odbywały się w takich terminach, że nie byłabym w stanie w nich uczestniczyć, a już na pewno nie z mężem. To był jeszcze taki okres, kiedy potrzebowałam kierowcy, więc to po prostu nie wchodziło w grę.

Pierwszy poród. Bez szkoły rodzenia.

Przyznam szczerze, że mój poród w ogóle był dosyć trudny, długi, a brak wiedzy o nim też sporo komplikował. Nie miałam umiejętności prawidłowego oddychania, nie wiedziałam, co mnie czeka, jakie są etapy i czego mogę oczekiwać lub wymagać… Pewnie, że naczytałam się w sieci różnych rzeczy, ale umówmy się, w sieci często są bzdury. Natomiast szkołę rodzenia prowadzą położne – w moim wypadku te, które pracują na oddziale.

Dodam uczciwie, że te 4 lata temu, gdy rodziłam syna wszystko wyglądało nieco inaczej. Ale tym bardziej się cieszę, że tym razem miałam możliwość poznać położne wcześniej, nawet zobaczyć porodówkę i oddział (chociaż już tam przecież byłam). To naprawdę dużo daje! Niestety, z powodu choroby syna ominęły mnie zajęcia, na których najbardziej mi zależało, czyli poród w wodzie i oddychanie… Ale i tak te zajęcia sporo mi dały.

Pamiętajcie, że każda położna ma inne doświadczenia, dzieli się innymi radami, więc jeśli każde zajęcia prowadzi ktoś inny to jest to ogromny plus. Podczas pierwszego porodu miałam do dyspozycji kilka położnych, bo rodziłam jako jedyna (uroki rodzenia 1 listopada!). Każda proponowała mi inny sposób rodzenia, inną pozycję, inne czynności znieczulające. Dziś już wiem, że kilka nie jest dla mnie odpowiednich, ale sama możliwość spróbowania tego wszystkiego daje wiele!

Co mi dała szkoła rodzenia?

Poznałam wszystkie etapy porodu. Może Wam się wydawać, że skoro już przez to przeszłam to nie jest to wiedza najważniejsza. Ale wiecie, poród wspominam jak przez mgłę, działałam intuicyjnie, a potem w pełni oddałam się w ręce położnych. Miałam szczęście, że trafiłam na fajny personel, ale mogło być różnie.

Mój mąż w niektórych zajęciach uczestniczył, ale ciągle powtarzał, że te kobiety tak brutalnie i obrzydliwie to opisują. Cóż, niby był przy porodzie… to chyba powinien wiedzieć, że to nic przyjemnego 😉 ale to fakt, opisy są obrazowe i dokładne. I jako kobieta przed pierwszym porodem chciałabym to wszystko wiedzieć. Myślę, że mojemu mężowi również łatwiej byłoby mnie wspierać. Owszem, wykonywał polecenia, ale nie był w stanie wyjść z inicjatywą, bo nie wiedział, co się dzieje. I zanim zaczniecie to komentować doczytajcie do końca… bo mam kilka perełek z zajęć szkoły rodzenia.

Dowiedziałam się też po co jest plan porodu – to mnie zawsze śmieszyło, bo jak tu coś zaplanować?! Okazuje się jednak, że wszystko, czego oczekujemy możemy tam wpisać… poród w wodzie, znieczulenie z jakiego chcemy skorzystać, a z jakiego stanowczo nie, że nie zgadzamy się na poród kleszczowy albo że cesarka to ostateczność. Możemy zaznaczyć, że chcemy dwóch godzin z dzieckiem zaraz po porodzie, a dopiero potem ważenie i mierzenie malucha.

Ważne jest to, że podczas porodu i zaraz po nim będziesz musiała podjąć mnóstwo decyzji. Czy dziecko ma być z Tobą, czy można je zważyć, czy można je kąpać czy nie. Czy się zgadzasz na badania albo na szczepienia. Warto to przemyśleć wcześniej, a potem już tylko podpisać to, co trzeba niż dyskutować o tym z partnerem między skurczami 😉

Szkoła rodzenia zadziwia?

Szkoła rodzenia to nie zajęcia jak z telewizyjnych seriali 😉 tatusiowie się pojawiali, ale raczej rzadko.

Najbardziej podobały mi się pierwsze zajęcia, gdy każda z nas opowiadała o sobie, ciąży i TERMINIE porodu. Przekonanie tych kobiet, że skoro mają termin na 31.12 lub 1.01 to dziecko urodzi się w jeden z tych dwóch dni jest niesamowite! Jakby zupełnie nie brały pod uwagę tego, że dziecko i tak zrobi to, co będzie chciało. Moje ze mnie właśnie zakpiło i nie chce wyjść!

Cudowne jest też to naiwne przekonanie, że poród to piękne przeżycie. Ano piękne, mniej więcej od momentu, jak już wypchniemy na świat małego człowieczka. Wcześniej jest to zazwyczaj połączenie horroru z dramatem! I gwarantuje, że u większości kobiet przychodzi taki moment, kiedy ma ochotę przegryźć komuś aortę, a gdyby ktoś zaproponował, że jak oddamy nerkę to przestanie boleć to oddałybyśmy nawet dwie! Serio serio…

Oczywiście nie chcę nikogo straszyć, bo daję słowo, że w momencie, gdy na piersiach położą Wam to maleństwo, które jest cząstką Ciebie zapomnisz o każdym bólu. I nawet jeśli kilkanaście godzin męczyły Cię skurcze, jeśli miałaś ochotę wyskoczyć przez okno to ten moment sprawi, że nic nie ma znaczenia. I sama w to nie wierzyłam, ale tak to jest urządzone. Sprytnie.