Książkę poleca… Lidia Tasarz!

Ok, cykl wakacyjny zakończony, ale szkoda mi rezygnować z polecajek, być może będą pojawiały się rzadziej, ale dzięki nim poznałam kolejne tytuły, więc nie mogę odpuścić i… bawmy się i czytajmy dalej! Dziś moim gościem jest Lidia Tasarz autorka książki „Nić Ariadny”, którą objęłam patronatem.

     Kobiecie wieku nie należy wypominać i nie mam zamiaru tego robić, jednak uważam, że to godne podziwu walczyć o swoje marzenia również wtedy, gdy nie ma się lat dwudziestu i przekonania, że wszystko nam wolno. Pani Lidia Tasarz debiutowała kilka miesięcy temu książką „Nić Ariadny”. Miałam przyjemność objąć książkę patronatem i mimo że spodziewałam się, że opowieść potoczy się nieco inaczej to bardzo się cieszę, że trafiłam na tę książkę! Zapraszam Was na moją recenzję <klik>
Jeśli nie znacie jeszcze twórczości pani Lidii to zapraszam Was na Jej bloga, gdzie można przeczytać „Córkę Noriakiego”. 
Oprócz tego zapraszam Was serdecznie do śledzenia strony autorskiej na FB oraz profilu na Instagramie.
Ale co ja Wam tu będę gadać… człowieka poznasz po tym, co czyta! Więc zerknijmy, co czyta pani Lidia:
Wakacje się skończyły, lato też już za chwilę
odejdzie i zostawi po sobie tylko wspomnienia, zdjęcia, znalezione nad morzem
muszelki i kolorowe kamyki. Szczerze mówiąc, mnie akurat to aż tak bardzo nie
smuci. Po pierwsze dlatego, że dawno już przestałam mieć wakacje, a po drugie –
i najważniejsze – ja po prostu kocham jesień. Nawet tę deszczową, wietrzną i
zimną.  To zawsze była moja ulubiona pora
roku. Oczywiście lubię, kiedy jest ciepło, słonecznie i kolorowo od astrów w
ogrodzie i przebarwiających się liści w parkach, ale … kiedy jest słota, zimno
i wieje wiatr, wtedy najlepiej mi się czyta i najlepiej mi się pisze.
               
         Być może ten zbliżający się jesienny
nastrój spowodował, że kolejny raz sięgnęłam po niewielką objętościowo –
niespełna 150 stron, ale pełną treści powieść Doris Lessing pt. „Piąte
dziecko”. Jeśli ktoś lubi literaturę lekką, łatwą i przyjemną, to nie polecam,
ale … zapewniam, że warto tę książkę przeczytać.
         Harriet i Dawid to młodzi ludzie,
którzy postanowili pobrać się i założyć wielodzietną rodzinę. Marzy im się
gromadka dzieci, spokojny, pełen miłości i radości dom. Na przekór rodzinie i
znajomym, którzy ich wybory traktują jak dziwactwa i fanaberie nieprzystające
do czasów i panującej mody – oni mają swoje priorytety. A najważniejszym z nich
jest duża rodzina i jej szczęcie. Mimo że wszyscy patrzą na nich jak na
dziwaków, ich duży dom, pełen ciepła, przyciąga ludzi. Matka Harriet pomaga w
prowadzeniu domu, ojciec wspomaga ich finansowo, bo tylko Dawid może pracować.
Harriet przecież zajmuje się czwórką dzieci.  Wszystko jest pięknie i wspaniale, jak w
przedmałżeńskich planach i marzeniach. Sielanka i szczęście trwa jednak do
momentu, kiedy Harriet zachodzi w piątą ciążę i rodzi tytułowe piąte dziecko.
Już w czasie ciąży matka ma przeczucie, że z jej dzieckiem jest coś nie tak. I,
niestety – ma rację. Od tego momentu nic już w tej rodzinie nie jest takie
samo. Rodzi się Ben, który jest dzieckiem dużym, fizycznie rozwiniętym ponad
swój wiek i bardzo żywym, ale … i tu zaczyna się problem. To dziwne dziecko,
które zdaje się nie odczuwać żadnych emocji i uczuć, poza wściekłością. Nie
odróżnia dobra i zła, sprawia wrażenie potwora, który za nic ma wszelkie normy
moralne. Ben to odmieniec, który nie tylko burzy szczęście rodzinne, ale wręcz
zagraża otaczającym go ludziom.
„Piąte dziecko”, to powieść mroczna, momentami wręcz
przerażająca, ale też bardzo smutna, która na długo pozostaje w pamięci i nie
daje – ot tak – o sobie zapomnieć. To powieść o miłości macierzyńskiej, o
konieczności dokonywania wyborów, których dokonać nie sposób, bez krzywdzenia
najbliższych. To także powieść  o tym, że
czasem jest to trudne – jeśli wręcz nie niemożliwe – aby pokochać własne
dziecko. Jak patrzeć na matkę, która nie radzi sobie z uczuciami do własnego
dziecka? Potępiać ją – jak jej znajomi, czy starać się zrozumieć? Współczuć jej
czy napiętnować?  
„Piąte
dziecko” budzi najróżniejsze refleksje i uświadamia, że tak naprawdę, w życiu
nie można sobie niczego zaplanować, a życiowe wybory są strasznie trudne i
nieoczywiste.
         Powieść napisana jest prostym językiem,
czasem wręcz suchym, beznamiętnym, niemal reportażowym, bez zbędnych opisów, a
jednak głęboko zapada w serce i duszę czytelnika. Nie pozostawia czytelnika
obojętnym. Mimo, że nie jest to łatwa lektura, polecam „Piąte dziecko” na
jesienne wieczory. 
         A jeśli już komuś ta powieść zagra w
duszy, to jest jeszcze „Podróż Bena” – dalsze losy piątego dziecka Harriet i
Dawida.
                           

Znacie te książki? 
I przede wszystkim, czy znacie twórczość pani Lidii Tasarz?

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.