„Przypadki pewnej desperatki” Magdalena Wala

Lubię zaczynać przygodę z autorem od jego debiutu, żeby mieć możliwość obserwowania jego rozwoju. Zdaję sobie, oczywiście, sprawę z tego, że debiut może być książką słabszą od kolejnych, jednak kiedy zaczynam „znajomość” z autorem od jego piątej książki, a potem wracam do pierwszej to ona z oczywistych względów będzie wydawać się słabsza. 

Znalezione obrazy dla zapytania przypadki pewnej desperatki

„Mów mi Katastrofa” (kliknij, by skoczyć do recenzji) to pierwsza książka Magdy Wala, jaką przeczytałam, później zaczęłam „Rzymskie odcienie miłości”, ale musiałam przerwać, nie dlatego, że mnie to nudziło tylko po prostu z natłoku innych obowiązków byłam zmuszona odłożyć ją na bok… 
A potem pojawiła się możliwość korzystania z Legimi i doszłam do wniosku, że zacznę od początku, czyli od jej debiutu. Magda od razu powiedziała żebym się nie spodziewała cudów, bo to debiut… Skoro autorka uważa, że to jej najgorsza książka to byłam jeszcze bardziej ciekawa! Szczególnie, że jej styl bardzo mi odpowiada. Wiedziałam, że będzie zabawnie, więc aby bezboleśnie przebrnąć przez książkę elektroniczną wybrałam właśnie ją – bo ja jednak jestem miłośniczką papierowych książek. Aby więc zapałać miłością do ebooków musiałam zacząć od dobrej książki – „Przypadki pewnej desperatki” były do tego idealne! 
Tym bardzie,j że w książce „Mów mi Katastrofa” pojawiły się nawiązania do debiutu, więc w zarysie znałam niektórych bohaterów. Książka jest dowcipna, zabawna, wywołująca przynajmniej uśmiech na twarzy czytelnika, a czasem wybuchy śmiechu. Jest prawdziwa, bo Magda połączyła swoje dwie pasje, czyli pracę w szkole i historię. I opisała je w książce!
To jest taki prawdziwy opis szkoły i uczniów, oraz ich pomysłów, z którymi musi się zmierzyć nauczyciel… to właśnie tak jest, że człowiek ma ochotę ich po zabijać wszystkich albo przynajmniej wyrzucić przez okno, a mimo wszystko co rano wstaje i wraca do tej szkoły, bo nie może bez tego żyć i to dokładnie w ten sposób opisała to Magda. I ja się z tym w pełni zgadzam, bo miałam okazję stanąć pod tablicą, i obserwuje moją mamę, która od 30 lat uczy i nieraz była wykończona, ale nie mogłaby robić niczego innego. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że dla osób, które nigdy nie miały okazji pojawić się w szkole na przerwie czy na lekcji te wydarzenia mogą być nierealne… Kolejny duży plus za panią dyrektor, którą po prostu wysadziłabym w powietrze i świetnie zakończenie roku szkolnego – ta ostatnia scena po prostu cudowna!
No i druga rzecz, czyli historia z pamiętnika Agnety – to fragmenty napisane zupełnie innym językiem, opis dotyczący zupełnie innych czasów i innego stylu życia, ale zostało to zrobione w tak genialny sposób, że ja się po prostu wciągnęłam!

Nie mam tylko pojęcia, dlaczego Katastrofą została nazwana Aldona w kolejnej książce, a nie Julka – ona to po prostu jest chodząca katastrofa, masakra i coś strasznego 😉

To książka, z którą się wieczorem kładziemy do łóżka i nie możemy się od niej oderwać! Na pewno świetnie poprawia humor i na te jesienne, długie, smutne i szare wieczory jest po prostu idealnym wyborem! Także polecam wszystkim, i tym młodszymi , i tym starszym.
A teraz minusy, żeby nie było zbyt różowo… oczywiście one w żaden sposób nie wpływają na odbiór tej książki, bo są to drobiazgi, dosłownie dwa trzy słowa, które wkradły się w raczej aktualny slang, a uznałabym je za nieużywane w tej chwili. Ale to dosłownie dwa słowa, które na pewno gdzieś jeszcze są używane przez starsze osoby, więc to wcale nie jest archaizm tylko słowo, które zamieniłabym na trochę bardziej młodzieżowa i potoczne. 
I druga sprawa, też związana z językiem… Odniosłam wrażenie, że w momencie, kiedy z kart pamiętnika przechodziliśmy do Julii, która go czytała to jeszcze jedno zdanie po nim, czasem dwa, były takie z innym szykiem i sposobem przekazywania treści. Ale być może po prostu podeszłam do tego krytycznie, nastawiona przez autorkę w taki sposób, że doszukiwałam się tych potknięć, które ona widziała.. a musicie wiedzieć, że Magda jest baaardzo krytyczna w stosunku do siebie, za bardzo! Bo książkę przeczytałam całkiem szybko jak na wersję elektroniczną. Jestem pewna, że gdybym miała wersję papierową to myślę że wystarczyłby mi jeden wieczór… Potrzebowałam trochę więcej, ale też musiałam czytać książkę na telefonie, a to po prostu nie jest najwygodniejsza opcja, więc sobie ją musiałam dawkować ze względu na wzrok i na moje dziecko, które nie rozumie, że w telefonie może być książka.

Także duży plus za książkę! Myślę, że teraz sięgnę po „Mariannę” trzymając się kolejności wydawania książek.

aaaaa!
Moje panieńskie nazwisko to Dobrzyńska wobec tego znalazła się tam nawet wzmianka na „mój” temat i to było bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo fajne. Oczywiście, że mam nazwisko z historią i historia mojej rodziny bardzo mnie interesuje i właściwie to jest jedyny aspekt historii jaki interesuje mnie osobiście… 
Mam fioła na punkcie drzewa genealogicznego i przez pół roku szukałam firmy, która wydrukuje mi go w takim rozmiarze, który będzie czytelny… Udało się, choć z przeglądaniem wydruku jest problem, rozłożyć go można tylko na ziemi, ponieważ  ma 1 metr na 7 metrów i mogę go przeczytać swobodnie tylko korzystając z lupy 😉

Macie wiedzę o swoich przodkach?

Kolejna książka z Legimi w mojej karierze (zakochuję się!) – dziękuję!!!
#czytamzlegimi
#legimibezlimitu

Może Ci się również spodoba