Kumpelka depresja – jak sobie z nią radzić? Sięgnij po pomoc.

Pewnie poniższy obrazek rzucił Wam się już kiedyś w oczy… śmiałam się z niego. Kiedyś. Prawda jest taka, że nawet kieliszka podnieść do ust się nie ma ochoty kiedy Ona nadchodzi…

 

O, depresja!? Witaj, witaj, dawno żeśmy się nie widziały! Wejdź! Kawa, herbata czy od razu wódeczka?

Wydaje mi się, że istnieje przekonanie, że depresja puka do drzwi i wchodzi, z dnia na dzień, po prostu… a bywa tak, że tylko zagląda przez okno, przysiada na parapecie, potem nieco odsuwa firankę, macha nogami nad ziemią, dopiero potem cicho zeskakuje i siedzi w kącie. Pierwszego dnia zostawia jakiś drobiazg, drugiego w kącie zostają jej kapcie, po tygodniu zagarnia półkę w łazience… wszystko dzieje się powoli, oswajamy się z małymi zmianami. Nie ma wielkiego bum i nagle jest – depresja.
Jesteś przekonana czy przekonany, że Ciebie nie dotknie?
Cóż… chyba większość tak ma.
Długo zastanawiałam się, czy publikować ten wpis… ale zgrało się to z akcją w tv, więc i ja się otworzę przed Wami…
Byłam duszą towarzystwa, potrafiłam dogadać się z każdym (jeśli chciałam), umiałam załatwić wszystko, jeśli coś wydawało się niemożliwe dla mnie był to kopniak do działania. W piątek po zajęciach przechodząc koło dworca kupowałam bilet nad morze i jechałam całą noc tylko po to by wypić kawę na plaży w Sopocie! Wracałam o 6.00 rano w poniedziałek i biegłam na zajęcia. Tak wyglądało moje życie. Nie było w nim miejsca na depresję.
Wypadek wywrócił moje życie do góry nogami, ale żeby depresja?! Nie, po prostu musiałam zmienić wszystkie życiowe plany, poszukać nowych celów, nowych rozwiązań by radzić sobie z codziennością. Pestka.
Tak mi się wydawało… minęły dwa lata. Kto by po dwóch latach jeszcze cokolwiek pamiętał…
Ale w końcu nadszedł ten dzień, kiedy próba zwleczenia tyłka z łóżka okazała się zbyt dużym wysiłkiem. Wiem, jak to brzmi, ale uwierzcie, samo myślenie o tym, że mam wstać i zrobić sobie kawę, sprawiało mi fizyczny ból. Nie robiłam NIC. Do jakiegokolwiek wysiłku zmuszałam się około południa, na obiad jedliśmy byle co i tylko przygotowanie posiłku dla męża było moją aktywnością. Sama ze sobą nie umiałam wytrzymać. Telewizor „gadał” do mnie cały dzień – tylko dlatego, że cisza była nie do wytrzymania – ale ja i tak gapiłam się w ścianę.
Jeśli ktoś tego nie przeżył to nie uwierzy, że ktokolwiek może się doprowadzić do takiego stanu. Nawet boję się myśleć ile to trwało zanim zebrałam się w sobie, żeby coś z tym zrobić…
Zaczęłam tworzyć miliony list, zapisywałam takie czynności jak robienie kawy, mycie zębów czy włosów, a wszystko tylko po to by listy były długie i żeby szybko coś z nich wykreślić. To dawało mi złudne poczucie, że cokolwiek robię.
Z czasem listy były coraz dłuższe, coraz konkretniejsze, zmuszałam się do normalnego funkcjonowania. Wykryto u mnie chorobę, która dodatkowo mnie osłabiała, więc przyjmowanie leków pewnie nieco mi pomogło. Zaczęłam funkcjonować, czasem nawet wychodzić z domu, choć nadal unikałam ludzi. Ale już powoli odgruzowywałam mieszkanie, doprowadzałam się do stanu, w którym listonosz nie padał na zawał, gdy otwierałam mu drzwi. Bo zaczęłam otwierać…
Chcę powiedzieć, że do psychologa zgłosiłam się dopiero po 8 miesiącach od tego najgorszego etapu. Późno, ale cieszę się, że w końcu się na to zdobyłam, że przestałam sobie wmawiać, że poradzę sobie ze wszystkim sama! I że to nie wstyd sięgać po pomoc…
W przychodniach są specjaliści, można się do nich zgłosić za darmo. Nie są to może cotygodniowe wizyty, ale przynajmniej raz w miesiącu mamy możliwość się wygadać. Tak, na początku będzie dziwnie. Ok, cały czas będzie dziwnie. Ale będzie ktoś, kto wysłucha, spojrzy na wszystko z innej perspektywy, zada pytania, na które sobie odpowiemy i być może znajdziemy wyjście z sytuacji…
To nie jest wizyta na kozetce, grzebanie nam w głowach… to tylko ofiarowanie samemu sobie wyjścia z sytuacji – podczas takiej wizyty możesz popłakać, pokrzyczeć, pomyśleć…
Daj sobie pomóc. To najważniejsze.

Może Ci się również spodoba