Zacznę od tego, że bardzo czekałam na książkę Kingi Litkowiec pod tytułem „Miasto mafii” – lubię takie klimaty. Liczyłam, że wśród płomiennego romansu znajdzie się miejsce na szczyptę sensacji, klimat „ciemnego półświatka”. Niestety, nie dostałam niczego. No może poza momentami irytacji czy zniesmaczenia… G

dy zaczęłam czytać nic nie zwiastowało tego, że pierwszy raz od dawna będę musiała napisać niepochlebną recenzję… Ale z każdą kartką było coraz gorzej. Wydaje mi się, że autorka miała pomysł. I na tym się skończyło. Książka, jak zapewne zauważyło wiele osób to coś podobnego do sławnego już „365 dni”.

Bohaterowie

W skrócie? Trzech braci, którzy rządzą miastem – wszyscy wiedzą, że są mafiosami, że zbijają, że żądzą. Źli ludzie. Jednak główna bohaterka codziennie staje przed domem jednego z nich i wpatruje się w budynek. Emma fascynuje się tą atmosferą grozy, jednak w pewien sposób gani za to swoją przyjaciółkę – ta wzdycha do „średniego” brata. Któregoś dnia Em widzi coś, czego nie powinna była zobaczyć, odkrywa to Arthur – głowa mafijnej rodziny Rossi.

Fabuła

Okazuje się, że pomoc Em była bardzo przydatna i zostaje zaproszona ze swoją przyjaciółką na imprezę w domu Arthura. I tak okazuje się, że skoro przyszła to… zaczyna należeć do Arthura. No bo przecież przyszła z własnej woli. I teraz zaczyna się „zabawa” – Emma zostaje przywiązana do łóżka, więziona w pokoju, a przy tym wszystkim zastanawia się, co zrobić, by podbić serce swojego porywacza – bo chyba możemy go tak nazwać? Szybko jednak jej myśli „jak stąd uciec” zamieniają się w myśli „jak wskoczyć mu do łóżka”. Byłam zdegustowana tym, w jaki sposób ukazana jest główna bohaterka. No i na szczęście, gdy po kilkunastu dniach Arthur wraca i łaskawie poświęca jej trochę czasu (wcześniej upewniając ją, że nie ucieknie i jest jego własnością) udaje się jej poprosić go, by ją przeleciał. A ten godzi się i wtedy wszyscy są szczęśliwi.

Serio? Nie ważne, że ją zamknął, że oszukał, że oddzielił od przyjaciółki… Dobra – może dziewczyna ma jakieś skrzywienie.. . ale nie zgodzę się na promowanie w książkach scen – chyba mogę tak to nazwać – gwałtu. Bo gdy w czasie zbliżenia kobieta mówi głośno NIE, a facet nic sobie z tego nie robi to ja mam dość. A po wszystkim mówi jej „Wiedziałem, że Ci się spodoba”. A co powiedziałby, gdyby jej się jednak nie podobało?! Pod koniec książki, Em rozmawia z najmłodszym z braci Rossi i ten tłumaczy jej, że zdaniem Arthura „Najlepszą nauczką jest zastraszanie. Nieważne kogo i w jakim celu.” Ona stwierdza: „- To akurat zauważyłam. – przecież Arthur nieraz stosował tę metodę.” – wobec niej!

***

No i nawet w mieście niedaleko Nowego Jorku, opanowanym przez mafię, raczej nie przeszłaby egzekucja setki ludzi – przed domem, przy ulicy… Sorry – bardzo naciągana historia. Nie należę do osób pruderyjnych – nie przeszkadzają mi sceny seksu w książkach, zwłaszcza jeśli są „po coś”. Niestety, tutaj nie widzę w nich sensu – chyba, że autorka chciała podkreślić… nie, właściwie nie wiem, co mogła chcieć podkreślić. Jednym z plusów była historia poprzedzająca przybycie Em do miasta – jednak moim zdaniem była bardzo słabo opisana. A to jedyny ciekawy wątek w tej historii.

Podsumowując – nie polecam.
Książka – moim zdaniem – jest słaba.
Bardzo słaba.
Infantylna.
Naiwna.
Szkodliwa.
A to co dzieje się w łóżku głównych bohaterów nie powinno mieć miejsca. A tym bardziej nie powinno być opisywane jako sielanka łóżkowa. Podkreślę, jeśli kobieta mówi NIE to mężczyzna powinien przestać. Wyjaśnić jej, co chce z nią zrobić – ok. starać się przekonać ją do swojego pomysłu – ok. Ale nigdy nie robić tego bez jej przyzwolenia licząc na to, że jej się spodoba. Ok. może się jej spodoba. Ale ponawiam pytanie – co jeśli jej się nie spodoba?