Pamiętacie „Szczęki”? Pytam teraz o film, który 44 lata temu wszedł na ekrany i od tego czasu chyba kilka razy do roku możemy zobaczyć go w TV… Dla mnie „Szczęki” to wspomnienia dzieciństwa – pamiętam jak ukradkiem oglądałam film zaglądając „nielegalnie” przez drzwi do pokoju rodziców. Jak mnie fascynowały rekiny! A jak się ich bałam… Pamiętam, że wizja szczęk pełnych zębów długo mnie prześladowała… Kiedy zobaczyłam, że wydawnictwo Replika wypuszcza na rynek wznowienie tej powieści zdziwiłam się – co za wstyd! Pomyślałam – przecież dla mnie „Szczęki” to zawsze był film. „Szczęki” to Steven Spielberg… A to przecież nie tak!
„Szczęki” to Peter Benchley!

Powiem szczerze – pokochałam autora za przedmowę. Z niej dowiadujemy się trochę jaka jest geneza powstania tej książki. Autor był miłośnikiem rekinów. Uczył się o nich, a że miał do nich respekt zrobił z nich bohatera swojej książki! Czy wiecie, że wszystkie historie, które opowiada w powieści (lub później w filmie) zdarzyły się naprawdę! Może nie jednemu rekinowi i nie w jednym miejscu, ale wszystko co czytamy miało miejsce! Przerażające, prawda?!

Jeśli oglądaliście film i myślicie, że nie warto sięgnąć przez to po książkę to jesteście w błędzie! Bo w filmie nie „zmieściło się” wszystko. Jest trochę różnic…

„Szczęki” Benchleya

W książce autor pokazuje nam realia dotyczące mieszkania w małym miasteczku – Amity, w którym życie zależy od udanego sezonu letniego. Bo wtedy zarabiają większość pieniędzy i za nie starają się przeżyć pozostałe miesiące roku. Kiedy więc pewnej nocy podchmielona kobieta wchodzi do wody i nie wychodzi z niej żywa wszyscy pragną myśleć, że się utopiła. Znalezione zwłoki, a właściwie fragmenty ciała nie pozostawiają jednak wątpliwości: to nie było utonięcie.
I teraz pojawia się pytanie… Co zrobić – jest początek sezonu, turyści dopiero zaczynają pojawiać się w Amity.
Główny bohater, Martin Brody, szef miejscowej policji chce zamknąć plażę i dać rekinowi czas na odpłynięcie. Do tej pory nie miał wiele pracy – cieszył się tym, że Amity wolne jest od poważnych przestępstw kryminalnych. Jako ojciec trójki dzieci spokojnie żył z uroczą, choć nieco znużoną rutyną małżeństwa, żoną. Kiedy w spokojnym miasteczku pojawia się realne zagrożenie ze strony rekina obok Ellen pojawia się ichtiolog Matt Hooper. I wcale nie chce tylko pomóc im z rekinem… Na cel bierze nie tylko rekina, ale i żonę Martina…
Peter Benchley w cudowny sposób wykreował postać… rekina! Nie jet on tam bezmyślną maszyną pożerającą swoje ofiary. Ukazany jest jako zwierzę w swoim naturalnym środowisku, robiące to, co każe mu natura. Poluje, bo musi. Chowa się i chce przeżyć. Kiedy skupiamy się na rekinie, na chaosie panującym wśród ludzi, gdy się pojawia czytamy książkę z zapartym tchem!

Nie wiem jak Wy, ale ja pamiętam film. I od czasu, kiedy go obejrzałam mam respekt przed rekinami. Od dziś równie mocno będę wspominała książkę. Bo choć film Spielberga zawsze będzie nasuwał mi się na myśl, kiedy ktoś powie coś o ludojadach, to od teraz „straszyć” będę nie tylko filmem, ale i książką!

Przeczytajcie i sami oceńcie! Powiem Wam, że jest trochę różnic – w książce poza drapieżnikiem i polowaniem na niego dostaniecie odrobinę romansu, zobaczycie jak funkcjonują takie małe, letniskowe miasteczka. Zobaczycie, że nawet takich sielankowych miejsc nie omija polityka, krętactwo i porachunki mafijne…

Jednym słowem – polecam!